Pod koniec 2011 roku w portfelach rodaków było niemal 9 mln płatniczych kart zbliżeniowych. Czy – a raczej kiedy – banki odważą się na kolejną rewolucję i wprowadzą płatności telefonami komórkowymi?
Tempo przyrostu kart zbliżeniowych wynosi około 20 procent (porównując kwartał do kwartału). Dziewięć na dziesięć kart, służących do płatności bezdotykowych to karty debetowe. Około 776 tysięcy kart to karty kredytowe. Banki wydały też kilkadziesiąt tysięcy gadżetów (zegarków, breloków, naklejek), którymi również można płacić bezdotykowo. Analitycy zwracają uwagę, że tempo przyrostu zbliżeniówek jest wysokie, ale mniejsze niż można było prognozować z poprzednich danych: spodziewano się, że liczba kart zbliżeniowych może przekroczyć 10 mln. Tak się jednak nie stało, a jedną z przyczyn wyhamowania tempa przyrostu kart jest słabsza niż wskazywały poprzednie kwartały aktywność na tym polu PKO BP.
Kartą bezstykową można płacić za transakcję nie przekraczającą 50 zł. Wystarczy przybliżyć kartę do terminala, bez konieczności przekazywania jej sprzedawcy, nie trzeba też wpisywać PIN (wpisujemy go, gdy kwota przekracza 50 zł). W przypadku transakcji przekraczających kwotę 50 złotych użytkownicy kart VISA (karty payWave) muszą umieścić kartę w terminalu. Ci, którzy posiadają karty z logo MasterCard (karty PayPass) nie muszą tego robić (choć PIN wpisać muszą). Dlatego banki, które wydają karty tego drugiego rodzaju, mogą wydawać je w formie gadżetów. Breloki, naklejki czy zegarki mają w ofercie Alior Bank, BZ WBK, mBank, Polbank i ING Bank.
W niedalekiej przyszłości rolę bezstykowych kart płatniczych mogą przejąć telefony komórkowe. BZ WBK i Inteligo mają już za sobą takie pilotaże, w tej chwili pilotaż płatności prowadzą mBank, Multibank i ING Bank Śląski. Banki nie kryją zainteresowania technologią NFC (ang. Near Field Communication). To daje nadzieję, że ten rodzaj płatności stanie się powszechnie dostępne dla klientów.
Nie stanie się to jednak z dnia na dzień, bo na przeszkodzie stają kwestie techniczne: choćby lista modeli telefonów, które spełniają kryteria stawiane przez organizacje płatnicze, która jest bardzo krótka.
Wdrożenie tego rodzaju płatności mobilnych wymaga dobrej współpracy banku, organizacji płatniczej, operatora telefonii komórkowej i producentów telefonu. W Polsce tematem tym zajmuje się grupa robocza (stworzona przez MasterCard, banki i operatorów). Visa w ostatnim czasie przekazała informację o wydaniu certyfikatów kolejnym smartfonom. Eksperci spodziewają się, że w połowie 2012 roku możliwe jest uruchomienie pierwszych programów płatności telefonami komórkowymi na szerszą skalę.
1.5.12
23.3.12
Koniec lokat na 7 proc. rocznie ?
Klienci muszą się przyzwyczaić do tego, że zyski z lokat będą przynosić mniejsze, bo opodatkowane, zyski. Pod koniec marca wszystkie lokaty tracą swój antybelkowy status. Banki zmieniają już dziś ofertę depozytową. Podnoszą stawki tradycyjnych lokat, ale nie ma co oczekiwać, że zyski z nich będą takie same jak pod rządami „anybelek”.
Na początku marca 2012 roku przeciętne oprocentowanie lokat kwartalnych, półrocznych i rocznych wróciło do poziomu z lata 2011 roku. Średnie oprocentowanie kwartalnych depozytów wynosi 4,44 proc. brutto w skali roku, półrocnych – 4,96 proc., a rocznych 5,12 proc. Lokaty dwuletnie są oprocentowane 4,57 proc. brutto – jest to najniższy poziom od maja 2010 roku.
Nie wszystkie banki obniżyły oprocentowanie: na podwyżkę oprocentowania lokat postawiły Alior Bank, Credit Agricole, Get Bank i Raiffeisen Bank. BOŚ i Kredyt Bank podwyższyły oprocentowanie polisolokat. W innych bankach zdarza się, że oprocentowanie maleje tylko w niektórych produktach. BPH i PKO BP wycofały z oferty polisolokaty. A mBank i Multibank przestały je oferować w wersji dwuletniej – zostawiając roczne i półroczne.
Które banki płacą najwięcej za depozyty?
W przypadku lokaty na 5 tys. zł największe oprocentowanie lokat dają Eurobank, PKO BP i BGŻ Optima – powyżej 5 proc. brutto. Za lokatę kwartalną aż 8,5 proc. da Meritum Bank. Ale tylko do 5 tys. złotych, i to wyłącznie klientom, którzy założą w banku rachunek osobisty. Innym rozwiązaniem dla szukających korzystnych lokat krótkoterminowych jest 4-miesięczna lokata w Banku BGŻ Optima: 6,3 proc. z możliwością wcześniejszego zerwania bez utraty naliczonych odsetek.
Wśród lokat półrocznych wygrywają polisolokaty oferowane przez DnB Nord i BOŚ (oprocentowane 6,51 i 6,3 proc. brutto, przy zwolnieniu z podatku od zysków kapitałowych, więc netto oprocentowanie jest oczywiście niższe).
Najwyższe oprocentowanie lokat na 12 miesięcy oferuje Deutsche Bank – polisa lokacyjna ma oprocentowanie 6,5 proc. brutto.
Z ofertami banków coraz śmielej mogą konkurować obligacje skarbowe. Dziesięcioletnie obligacje w pierwszym roku są oprocentowane na 6,5 proc., zaś w kolejnych latach oprocentowanie będzie ustalone w oparciu o poziom inflacji i 2,75 proc. marży. W przypadku obligacji czteroletnich oprocentowanie wynosi w pierwszym roku 5,5 proc., zaś w kolejnych – inflacja plus 2,25 proc. marży.
Większość banków już wycofała lokaty z kapitalizacją dzienną. Nie zrobiły tego mBank, Multibank i Toyota Bank – tam na początku marca klienci mogli jeszcze lokować pieniądze na takich lokatach i to bez informacji, że od 1 kwietnia będą one opodatkowane!
W najbliższym czasie stawki depozytów raczej nie wzrosną – banki nie szykują się ani do wielkiej ofensywy kredytowej, ani nie brakuje im pieniędzy na finansowanie tych kredytów, których udzielają. Stawki pozostaną więc na obecnym, nie najwyższym, poziomie.
Na początku marca 2012 roku przeciętne oprocentowanie lokat kwartalnych, półrocznych i rocznych wróciło do poziomu z lata 2011 roku. Średnie oprocentowanie kwartalnych depozytów wynosi 4,44 proc. brutto w skali roku, półrocnych – 4,96 proc., a rocznych 5,12 proc. Lokaty dwuletnie są oprocentowane 4,57 proc. brutto – jest to najniższy poziom od maja 2010 roku.
Nie wszystkie banki obniżyły oprocentowanie: na podwyżkę oprocentowania lokat postawiły Alior Bank, Credit Agricole, Get Bank i Raiffeisen Bank. BOŚ i Kredyt Bank podwyższyły oprocentowanie polisolokat. W innych bankach zdarza się, że oprocentowanie maleje tylko w niektórych produktach. BPH i PKO BP wycofały z oferty polisolokaty. A mBank i Multibank przestały je oferować w wersji dwuletniej – zostawiając roczne i półroczne.
Które banki płacą najwięcej za depozyty?
W przypadku lokaty na 5 tys. zł największe oprocentowanie lokat dają Eurobank, PKO BP i BGŻ Optima – powyżej 5 proc. brutto. Za lokatę kwartalną aż 8,5 proc. da Meritum Bank. Ale tylko do 5 tys. złotych, i to wyłącznie klientom, którzy założą w banku rachunek osobisty. Innym rozwiązaniem dla szukających korzystnych lokat krótkoterminowych jest 4-miesięczna lokata w Banku BGŻ Optima: 6,3 proc. z możliwością wcześniejszego zerwania bez utraty naliczonych odsetek.
Wśród lokat półrocznych wygrywają polisolokaty oferowane przez DnB Nord i BOŚ (oprocentowane 6,51 i 6,3 proc. brutto, przy zwolnieniu z podatku od zysków kapitałowych, więc netto oprocentowanie jest oczywiście niższe).
Najwyższe oprocentowanie lokat na 12 miesięcy oferuje Deutsche Bank – polisa lokacyjna ma oprocentowanie 6,5 proc. brutto.
Z ofertami banków coraz śmielej mogą konkurować obligacje skarbowe. Dziesięcioletnie obligacje w pierwszym roku są oprocentowane na 6,5 proc., zaś w kolejnych latach oprocentowanie będzie ustalone w oparciu o poziom inflacji i 2,75 proc. marży. W przypadku obligacji czteroletnich oprocentowanie wynosi w pierwszym roku 5,5 proc., zaś w kolejnych – inflacja plus 2,25 proc. marży.
Większość banków już wycofała lokaty z kapitalizacją dzienną. Nie zrobiły tego mBank, Multibank i Toyota Bank – tam na początku marca klienci mogli jeszcze lokować pieniądze na takich lokatach i to bez informacji, że od 1 kwietnia będą one opodatkowane!
W najbliższym czasie stawki depozytów raczej nie wzrosną – banki nie szykują się ani do wielkiej ofensywy kredytowej, ani nie brakuje im pieniędzy na finansowanie tych kredytów, których udzielają. Stawki pozostaną więc na obecnym, nie najwyższym, poziomie.
6.2.12
Co warto wiedzieć o phishingu i jak się przed nim bronić
Phishing, czyli nielegalne zdobywanie haseł dostępu do ważnych serwisów transakcyjnych i kont bankowych na stałe wszedł do rzeczywistości – im większa rola Internetu w życiu codziennym, tym oszuści coraz bardziej pomysłowi i niebezpieczni. Co trzeba o nich wiedzieć i jak się przed nimi bronić?
Phishing to dosłownie połów – w tym wypadku haseł, umożliwiających dostęp np. do konta bankowego ofiary. Polega, najprościej rzecz biorąc, na stworzeniu strony internetowej niemal identycznej ze stroną, na której klienci banku logują się do bankowości internetowej. Gdy strona jest gotowa, oszuści starają się zwabić na nią jak największą liczbę ofiar, które – głównie dzięki swojej naiwności lub kompletnym braku orientacji – pozostawią na stronie „bankowej” swój identyfikator i hasło, czyli spróbują się zalogować do banku.
Najczęściej stosowaną metodą jest rozesłanie listu drogą mailową – tak, by wyglądał wiarygodnie i zachęcał do wejścia na fałszywą stronę. Stąd prosty wniosek – przestępcy, zanim uderzą w ofiary-klientów banku, muszą zdobyć bazę danych danej instytucji finansowej. Mimo potężnych zabezpieczeń stosowanych przez banki, ciągle jest to możliwe. Wojna między oszustami a instytucjami finansowymi przypomina nieco wyścig zbrojeń – im lepsze zabezpieczenia, tym bardziej wyrafinowe metody hakowania bankowych serwerów.
Mail-fałszywka skonstruowany jest tak, by ofiara czuła, że musi natychmiast zareagować. Często np. przekazywany jest komunikat „zanotowaliśmy próby logowania na Pańskie konto, prosimy o zalogowanie się w celu weryfikacji tożsamości”. Ale zdarzają się też bardziej pomysłowe sposoby: zachęcanie do wypełnienia ankiety w zamian za niewielką finansową nagrodę (ankieta zawierała pytanie o numer karty kredytowej, datę jej ważności i PIN – to przykład z USA, sprzed kilku lat).
Jednak potencjalna ofiara oszustów wcale nie musi być – przynajmniej bezpośrednio – zaangażowana w udostępnienie im danych bankowych. Przestępcy atakują słabo zabezpieczone komputery, instalując na nich konie trojańskie i keyloggery (programy zapisujące znaki wpisywane na klawiaturze), które same zajmą się zapisaniem poufnych informacji i przesłaniem ich pod wskazany adres. Ofiara musi „jedynie” ściągnąć szkodliwy plik i uruchomić go na komputerze.
W pierwszych latach funkcjonowania bankowości internetowej część winy za ataki na konta klientów bez wątpienia ponosiły same banki – nie przywiązując wystarczająco dużej wagi do bezpieczeństwa serwisu internetowego. Ale to już przeszłość – można powiedzieć, że banki wyciągnęły nauczkę ze zdarzeń, do jakich doszło (i z odszkodowań, które musiały wypłacić części klientów) i teraz po stronie banków trudno doszukać się winy, jeśli chodzi o zabezpieczenia stron bankowości internetowej.
W Polsce pierwsze ataki „poławiaczy haseł” zanotowano w 2004 roku. Część klientów Citibanku dostała wiadomość na email: „Drogi Kliencie, z przyjemnością informujemy, iż zakończyliśmy prace nad zintegrowanym serwisem bankowości internetowej. Wkrótce nowa platforma zastąpi obecny system, ale już teraz zachęcamy Cię do zapoznania się z możliwościami i udogodnieniami, jakie oferuje zintegrowany serwis. Prosimy o jak najszybsze zalogowanie się oraz sprawdzenie naszego nowego systemu. Zaloguj się http://www.online.citibank.pl". Link prowadził do strony przygotowanej przez oszusta.
Najważniejszą bronią banków jest edukacja klientów. Na nic zdadzą się najlepsze zabezpieczenia, jeśli klient „podzieli się” z osobami niepowołanymi kodami dostępu do konta. Na stronach banków co jakiś czas pojawiają się wyekspononowane komunikaty, przypominające najważniejsze zasady bezpieczeństwa korzystania z bankowości internetowej.
Jednocześnie banki stawiają na coraz lepsze zabezpieczenia transakcji dokonywanych w Internecie. Ataki były bowiem znacznie łatwiejsze, gdy jedynym zabezpieczeniem dostępu był identyfikator i hasło klienta. Teraz wszystkie banki stosują jeszcze dodatkową linię zabezpieczeń. Np. listę haseł jednorazowych, podpis cyfrowy, token, jednorazowe hasła SMS. Eksperci uważają, że najwięcej gwarancji daje token i jednorazowe hasła SMS, ale jeśli klient stosuje się do zasad bezpieczeństwa, to i w przypadku pozostałych systemów zabezpieczeń oszuści nie mają szans.
Poniżej kilka rad, na co zwracać uwagę, żeby nie paść ofiarą „łowców haseł”, jeśli się korzysta aktywnie z bankowości internetowej. I choć większość zaleceń to oczywistości, warto je sobie przypomnieć, bo liczba sieciowych oszustw – mimo coraz lepszych zabezpieczeń – wcale nie maleje.
Po pierwsze, trzeba zawsze z dużą nieufnością traktować każdą wiadomość, w której żąda się podania poufnych informacji dotyczących finansów. Banki nigdy nie proszą o podanie identyfikatora i hasła, numerów kart płatniczych i tym bardziej PIN-ów do nich! Nie wysyłają też wiadomości do wielu odbiorców.
Po drugie, nigdy nie można używać linków zamieszczonych w emailach. Jeśli się logujemy do banku, zawsze wpisujmy adres ręcznie do przeglądarki!
Po trzecie, do formularzy przesyłanych emailem nie wpisujemy żadnych poufnych informacji.
Po czwarte, zawsze sprawdzamy adres i autentyczność strony, na której wpisujemy poufne informacje. Strony takie muszą korzystać z bezpiecznego połączenia (o czym świadczy symbol zamkniętej kłódki w przeglądarce i https:// w pasku adresu). Trzeba też sprawdzać autentyczność certyfikatu bezpieczeństwa.
Po piąte, aktualizujemy wersje przeglądarki – tak by nie była „dziurawa”.
Po szóste, na komputerze zawsze mamy program antywirusowy i firewall – i to aktualne wersje!
Po siódme, nie instalujemy oprogramowania z nieznanych źródeł.
Phishing to dosłownie połów – w tym wypadku haseł, umożliwiających dostęp np. do konta bankowego ofiary. Polega, najprościej rzecz biorąc, na stworzeniu strony internetowej niemal identycznej ze stroną, na której klienci banku logują się do bankowości internetowej. Gdy strona jest gotowa, oszuści starają się zwabić na nią jak największą liczbę ofiar, które – głównie dzięki swojej naiwności lub kompletnym braku orientacji – pozostawią na stronie „bankowej” swój identyfikator i hasło, czyli spróbują się zalogować do banku.
Najczęściej stosowaną metodą jest rozesłanie listu drogą mailową – tak, by wyglądał wiarygodnie i zachęcał do wejścia na fałszywą stronę. Stąd prosty wniosek – przestępcy, zanim uderzą w ofiary-klientów banku, muszą zdobyć bazę danych danej instytucji finansowej. Mimo potężnych zabezpieczeń stosowanych przez banki, ciągle jest to możliwe. Wojna między oszustami a instytucjami finansowymi przypomina nieco wyścig zbrojeń – im lepsze zabezpieczenia, tym bardziej wyrafinowe metody hakowania bankowych serwerów.
Mail-fałszywka skonstruowany jest tak, by ofiara czuła, że musi natychmiast zareagować. Często np. przekazywany jest komunikat „zanotowaliśmy próby logowania na Pańskie konto, prosimy o zalogowanie się w celu weryfikacji tożsamości”. Ale zdarzają się też bardziej pomysłowe sposoby: zachęcanie do wypełnienia ankiety w zamian za niewielką finansową nagrodę (ankieta zawierała pytanie o numer karty kredytowej, datę jej ważności i PIN – to przykład z USA, sprzed kilku lat).
Jednak potencjalna ofiara oszustów wcale nie musi być – przynajmniej bezpośrednio – zaangażowana w udostępnienie im danych bankowych. Przestępcy atakują słabo zabezpieczone komputery, instalując na nich konie trojańskie i keyloggery (programy zapisujące znaki wpisywane na klawiaturze), które same zajmą się zapisaniem poufnych informacji i przesłaniem ich pod wskazany adres. Ofiara musi „jedynie” ściągnąć szkodliwy plik i uruchomić go na komputerze.
W pierwszych latach funkcjonowania bankowości internetowej część winy za ataki na konta klientów bez wątpienia ponosiły same banki – nie przywiązując wystarczająco dużej wagi do bezpieczeństwa serwisu internetowego. Ale to już przeszłość – można powiedzieć, że banki wyciągnęły nauczkę ze zdarzeń, do jakich doszło (i z odszkodowań, które musiały wypłacić części klientów) i teraz po stronie banków trudno doszukać się winy, jeśli chodzi o zabezpieczenia stron bankowości internetowej.
W Polsce pierwsze ataki „poławiaczy haseł” zanotowano w 2004 roku. Część klientów Citibanku dostała wiadomość na email: „Drogi Kliencie, z przyjemnością informujemy, iż zakończyliśmy prace nad zintegrowanym serwisem bankowości internetowej. Wkrótce nowa platforma zastąpi obecny system, ale już teraz zachęcamy Cię do zapoznania się z możliwościami i udogodnieniami, jakie oferuje zintegrowany serwis. Prosimy o jak najszybsze zalogowanie się oraz sprawdzenie naszego nowego systemu. Zaloguj się http://www.online.citibank.pl". Link prowadził do strony przygotowanej przez oszusta.
Najważniejszą bronią banków jest edukacja klientów. Na nic zdadzą się najlepsze zabezpieczenia, jeśli klient „podzieli się” z osobami niepowołanymi kodami dostępu do konta. Na stronach banków co jakiś czas pojawiają się wyekspononowane komunikaty, przypominające najważniejsze zasady bezpieczeństwa korzystania z bankowości internetowej.
Jednocześnie banki stawiają na coraz lepsze zabezpieczenia transakcji dokonywanych w Internecie. Ataki były bowiem znacznie łatwiejsze, gdy jedynym zabezpieczeniem dostępu był identyfikator i hasło klienta. Teraz wszystkie banki stosują jeszcze dodatkową linię zabezpieczeń. Np. listę haseł jednorazowych, podpis cyfrowy, token, jednorazowe hasła SMS. Eksperci uważają, że najwięcej gwarancji daje token i jednorazowe hasła SMS, ale jeśli klient stosuje się do zasad bezpieczeństwa, to i w przypadku pozostałych systemów zabezpieczeń oszuści nie mają szans.
Poniżej kilka rad, na co zwracać uwagę, żeby nie paść ofiarą „łowców haseł”, jeśli się korzysta aktywnie z bankowości internetowej. I choć większość zaleceń to oczywistości, warto je sobie przypomnieć, bo liczba sieciowych oszustw – mimo coraz lepszych zabezpieczeń – wcale nie maleje.
Po pierwsze, trzeba zawsze z dużą nieufnością traktować każdą wiadomość, w której żąda się podania poufnych informacji dotyczących finansów. Banki nigdy nie proszą o podanie identyfikatora i hasła, numerów kart płatniczych i tym bardziej PIN-ów do nich! Nie wysyłają też wiadomości do wielu odbiorców.
Po drugie, nigdy nie można używać linków zamieszczonych w emailach. Jeśli się logujemy do banku, zawsze wpisujmy adres ręcznie do przeglądarki!
Po trzecie, do formularzy przesyłanych emailem nie wpisujemy żadnych poufnych informacji.
Po czwarte, zawsze sprawdzamy adres i autentyczność strony, na której wpisujemy poufne informacje. Strony takie muszą korzystać z bezpiecznego połączenia (o czym świadczy symbol zamkniętej kłódki w przeglądarce i https:// w pasku adresu). Trzeba też sprawdzać autentyczność certyfikatu bezpieczeństwa.
Po piąte, aktualizujemy wersje przeglądarki – tak by nie była „dziurawa”.
Po szóste, na komputerze zawsze mamy program antywirusowy i firewall – i to aktualne wersje!
Po siódme, nie instalujemy oprogramowania z nieznanych źródeł.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


